Od „Pieprzu i wanilii” do Steel Horizon Project
O tym, skąd naprawdę biorą się pomysły, by opłynąć świat
Są rzeczy, które kiełkują bardzo wcześnie, długo pozostają w tle, a potem – po latach – wracają z całą mocą. Dla mnie jedną z nich była potrzeba drogi. Nie tej turystycznej, zaplanowanej pod hotel i powrót, ale prawdziwej — długiej, niepewnej, wymagającej odwagi i konsekwencji. Dziś nazywa się Steel Horizon Project, ale jej początek sięga znacznie dalej.
Dwa programy, jeden telewizor i całe światy
Dorastałem w czasach, gdy w telewizji były dosłownie dwa programy. Nie było internetu, YouTube’a, vlogów podróżniczych ani relacji „na żywo z końca świata”. Był za to Tony Halik i jego „Pieprz i wanilia”.
To był mój pierwszy prawdziwy kontakt ze światem poza podwórkiem. Halik nie tylko pokazywał miejsca — on opowiadał o ludziach, kulturach, ryzyku, drodze. O tym, że świat jest ogromny, różnorodny i wcale nie taki straszny, jeśli ma się odwagę wyjść poza schemat.
Ten program był dla mnie oknem na świat. I dziś, z perspektywy czasu, mogę powiedzieć jedno: to właśnie on zasiał we mnie myśl, że życie nie musi kończyć się tam, gdzie kończy się asfalt.
Książki, które były mapą marzeń
Drugim paliwem dla wyobraźni były książki Alfreda Szklarskiego. Jako dziecko dostałem je na własność — całe serie, które stały na półce i czekały. I kiedy dziś ktoś mówi „Tomek Wilmowski”, ja wiem jedno: patrząc na te książki, nie widziałem Tomka — widziałem siebie.
Każda kolejna część była jak nowa wyprawa. Australia, Afryka, Arktyka. Egzotyczne nazwy, przygoda, ruch, decyzje i odpowiedzialność. To nie były bajki — to były historie o drodze, o dojrzewaniu w podróży, o poznawaniu świata i siebie.
Te książki nauczyły mnie, że podróż to nie ucieczka, ale forma rozwoju.

Książki, które były mapą marzeń
Drugim paliwem dla wyobraźni były książki Alfreda Szklarskiego. Jako dziecko dostałem je na własność — całe serie, które stały na półce i czekały. I kiedy dziś ktoś mówi „Tomek Wilmowski”, ja wiem jedno: patrząc na te książki, nie widziałem Tomka — widziałem siebie.
Każda kolejna część była jak nowa wyprawa. Australia, Afryka, Arktyka. Egzotyczne nazwy, przygoda, ruch, decyzje i odpowiedzialność. To nie były bajki — to były historie o drodze, o dojrzewaniu w podróży, o poznawaniu świata i siebie.
Te książki nauczyły mnie, że podróż to nie ucieczka, ale forma rozwoju.
Symboliczny powrót po latach
Co ciekawe — zupełnie niedawno, niemal symbolicznie, wrócili do mnie obaj ci bohaterowie dzieciństwa. W krótkim odstępie czasu obchodzone były rocznice urodzin Tony’ego Halika i Alfreda Szklarskiego. I to był jeden z tych momentów, kiedy człowiek na chwilę się zatrzymuje.
Jest coś symbolicznego w tym, że niemal w tym samym czasie przypadały rocznice urodzin Tony’ego Halika i Alfreda Szklarskiego. Dwóch postaci, które – choć działały w zupełnie innych formatach – robiły dokładnie to samo: otwierały świat ludziom zamkniętym w czterech ścianach codzienności.
O ile Halik był dla mnie głosem i obrazem świata z ekranu, o tyle Szklarski był jego papierową, cichszą wersją — taką, do której można było wracać kiedy tylko się chce.
